Grzeczne dziewczynki się zbuntowały, czyli asertywność a gra statusowa

Grzeczne dziewczynki się buntują

O tym, że słowa mają moc i jak przekonania wpływają na budowanie swojego statusu

Słowa mają moc wzbudzania emocji i dzięki temu ruszają nas do działania. Słowa, jakie słyszymy i jakich zaczynamy wobec kogoś lub czegoś używać,  strukturalizują nam sposób myślenia o danej sprawie, czy człowieku i decydują o tym, jaki będzie nasze nastawienie.

To, jak mówimy, co nam wolno powiedzieć a czego nie wolno, na co sobie pozwalamy a na co nie, wynika z naszych przekonań, np. że: nie wypada, wstyd, niewłaściwy kontekst, ktoś się pogniewa, ktoś zabrania. W efekcie tego pokazujemy otoczeniu nasz status, czyli pozycję. A ten status równa się naszej sile i władzy, czyli temu, kto się z nami liczy i czy w ogóle ktoś taki jest.

Jeżeli zastanawiamy się, co nam wolno powiedzieć i jak to zostanie odebrane przez innych, to znaczy, że ci „inni” są – przynajmniej w naszej świadomości – wyżej w hierarchii, niż my. Możliwe, że ci „inni” nawet nie wiedzą, że są dla nas jakimś punktem odniesienia i mają nad nami władzę. Może też tak być, że bardzo dobrze sobie z tego zdają sprawę a nawet, że wszystko dotąd robili po to, żeby się nam w głowie zainstalować z „wewnętrznym autocenzorem”.

Wyżej opisana sytuacja typowa jest dla większości dzieci, które się wychowuje, by się pilnowały i odpowiednio grzecznie zawsze zachowywały. Jeżeli jesteś dorosłą osobą, to masz prawo do asertywności, czyli posiadania wewnętrznego punktu odniesienia, biorącego pod uwagę Twoje własne potrzeby i wartości oraz odpowiedniego ich wyrażania. Wyrażanie swoich potrzeb jest ok, nie ma powodu do poczucia winy i pytania się innych o zgodę, czy wolno nam mieć takie, czy inne poglądy oraz je otwarcie wyrażać.

Asertywność, czyli jak odpowiednio wyrażać swój status i siłę oraz czemu czasem trzeba zakląć

Zasadniczą kwestią – widoczną szczególnie w ciągu ostatnich kilku dni (a piszę to 26. października 2020 r.) – jest, co to znaczy „odpowiednio wyrażać” i kto osądza, czy wyrażamy swoje poglądy „odpowiednio”, czy też „nieodpowiednio”? I kto decyduje, czy możemy lub nie je w takiej formie w dalszym ciągu wyrażać i jakie w związku z tym mogą nas czekać konsekwencje?

Nie da się oddzielić asertywności od statusu, a więc od władzy. To związek zarówno z naszym wewnętrznym poczuciem jak i tym, co ktoś stara się zrobić z naszym statusem w porównaniu do jego pozycji. I tu pojawia się gorąco w ostatnich dniach rozważana kwestia polegająca na tym, że na wierzchu – pozornie – są SŁOWA a pod spodem – de facto – STATUS i WŁADZA.

Czy kobiety powinny mówić z użyciem słów uważanych za wulgarne i obraźliwe typu: „wyp…dalaj”, zastanawiają się niektórzy komentatorzy życia publicznego. W liczącej się części uznają, że to jest niestosowne. Przy czym ci sami komentatorzy zazwyczaj nie wyrażają podobnych wątpliwości, kiedy mężczyźni używają podobnych słów. Wtedy oznacza to siłę. Dlaczego tak się dzieje?

Przyczyną jest społeczne postrzeganie statusu – wyższy status daje prawo do używania tak zwanych „brzydkich słów” w przestrzeni publicznej w daleko szerszym zakresie niż status niższy. Zastosowanie wulgaryzmów nie powoduje u osoby z wyższą pozycją (zazwyczaj mężczyzn) poczucia wstydu ani obawy o konsekwencje. Kobietom (i dzieciom) wolno było do tej pory mniej i stąd szok, kiedy zaczynają sięgać po znamiona siły i statusu używając w przestrzeni publicznej słów uznanych za „brzydkie”.

Jesteśmy świadkami istotnej zmiany kulturowej. Kobiety przestają się bać oceny, skasowały w tym aspekcie wewnętrznych cenzorów i stosują publicznie takie środki wyrazu swojej złości, gniewu, niezgody, których do tej pory im odmawiano i hamowano poprzez skuteczny proces społecznego zawstydzania.

Grzeczne dziewczynki wyrywają się z ograniczeń konwenansu

Kilka lat temu popularne były poradniki z tytułami o „grzecznych dziewczynkach”, które np.: idą do nieba, lecz nie idą tam, gdzie chcą a tam, gdzie chcą idą te „niegrzeczne dziewczynki”. Te „grzeczne” również: nie negocjują, lub nie awansują, bo negocjują, awansują i dostają to, co chcą, tylko te „niegrzeczne”. Autorek tych poradników dla kobiet było kilka: pierwsza jeszcze w 1994 r. zapoczątkowała serię Ute Ehrhardt, potem z bardziej znanych były Lois P. Frankel i Carol Frohlinger.

Znaczące, że słowo „grzeczne” pojawia się w wyszukiwarce Google w 2 najczęstszych związkach frazeologicznych: z „dziewczynkami” oraz z „dziećmi”.
Wspomniane wyżej poradniki dotyczyły asertywności pokazując czytelniczkom dość oczywiste dla większości mężczyzn mechanizmy. Uświadamiały kobietom, że też mogą na setki sposobów (w tytułach była zazwyczaj liczba około 100 „sposobów na…”.) dbać o swoje potrzeby i interesy, nie zgadzać się na to, co im nie odpowiada, prosić o to co chcą, mówić jasno, wyraźnie, prosto z mostu i bez owijania w bawełnę, osiągać pozycję równą mężczyznom lub wyższą oraz, że nie muszą się za to wstydzić, zachowywać skromność ani nikogo przepraszać.

Asertywność a wyrażanie gniewu, złości

Kobietom w świadomości społecznej (oraz często uwewnętrznionej ich własnej świadomości) nie przysługiwało dotąd prawo do odczuwania i wyrażania złości – maksymalnie mogły być smutne w sytuacjach, gdzie mężczyzna „wyrażał słuszny gniew”. Powszechnie znane jest powiedzenie, że „złość piękności szkodzi” a kobieta „musi być piękna” a do tego miła i grzeczna, bo taka jest jej przypisana rola. Powtarzane frazy i przysłowia socjalizują członków danej społeczności. Jak kobieta pokazywała trochę więcej złości, niż się społecznie dopuszcza, to mówiono, że „histeryzuje”. Mamy tu do czynienia z pułapką oczekiwań przypisanych do określonych ról. I bardzo trudno z niej wyskoczyć pojedynczym osobom.

Seks, władza i adekwatne wyrażanie gniewu

W 2014 r. wydano książkę Joanny Keszki, nawiązującą tytułem do wspomnianego cyklu z „dziewczynkami”: „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”. Seks to najbardziej wrażliwy obszar dla większości ludzi, więc pokazywanie przez autorkę kobietom, że mogę być silne, asertywne i przejąć władzę w obszarze swojej seksualności, trafiało w samo sedno i budowało poczucie mocy, ułatwiało uwolnienie się od wstydu i pomagało w ekspresji swoich potrzeb.

Bardzo silnie to współbrzmi z tym, co się teraz w tych październikowych dniach w Polsce dzieje.

W odpowiedzi na działania Trybunału – godzące w obszar prywatnych, intymnych i bezpośrednio związanych z seksem decyzji kobiet – ujawnił się z nieoczekiwaną, ogromną siłą ich gniew. Okazało się że gniew, złość plus lata uświadamia sobie i uczenia się przez kobiety asertywności dały efekt w postaci sięgnięcia przez nie po atrybuty statusu. Kobiety postawiły się na równi z dotychczasowymi rozgrywającymi na scenie życia politycznego i społecznego mężczyznami. Zaczęły demonstrować, głośno krzyczeć i bez skrępowania, otwarcie używać w przestrzeni publicznej wulgaryzmów.

Kobieta i „brzydkie wyrazy” w sferze publicznej, czyli jak szybko zachodzą zmiany

W tej sytuacji znacząca jest historia, związana z publicznym użyciem przez Joannę Jaśkowiak na wiecu 8.03.2017 r. w Poznaniu (kiedy odbywały się protesty przeciw ówczesnym próbom zaostrzenia prawa aborcyjnego) frazy „jestem wkurwiona”. Wówczas spowodowało to skazanie jej w pierwszej instancji na 1 tys. zł grzywny z tytułu wykroczenia. Sąd w sentencji wyroku uznał, że użycie tych słów „było absolutnie zbędne”.

Już w drugiej instancji – zaledwie 2,5 roku temu – Joannę Jaśkowiak uniewinniono, ale nie bez zastrzeżeń. Sędzia argumentował, że: „Słowa Joanny Jaśkowiak były zapewne słyszane przez dzieci, co jest oczywiście złem, ale znacznie większym złem jest to, co się dzieje teraz w Polsce.” Sędzia zaapelował również do niej i słuchającej uzasadnienia publiczności, by w przyszłości inaczej wyrażali wściekłość, bardziej opisowo i dyplomatycznie (źródło: Gazeta Wyborcza – Poznań, Piotr Żytnicki, 24.09.2018).

Nie sądzę, żeby dziś – w październiku 2020 r., zaledwie (?) czy aż (?) 2 lata później – komuś przyszło do głowy jakąś kobietę pociągnąć do odpowiedzialności karnej za tego typu słowa, powszechnie i w tym samym kontekście funkcjonujące w przestrzeni publicznej. Niektórzy próbują jeszcze pouczać kobiety, że tak mówić nie powinny. Takie uwagi budzą jednak najczęściej śmiech, złość albo się je pomija milczeniem.

Okno Overtona zostało skutecznie przesunięte i czasy „grzecznych dziewczynek” zmierzają do szczęśliwego końca. Obserwuję to z nieukrywaną radością, szczególnie, że prowadząc szkolenia z asertywności od kilkunastu lat, powszechnie spotykałam się z silną autocenzurą i brakiem poczucia pewności siebie szczególnie u kobiet.

Godzimy się coraz powszechniej, że czasem jedyną odpowiednią formą wyrażenia swoich emocji przez człowieka jest wyraz uznawany powszechnie za wulgarny i nie ma znaczenia, czy wyraża się w ten sposób mężczyzna, czy kobieta. I nawet językoznawcy (w większości) też to przyznają.

Książki, do których się odnoszę w tekście:

  1. Ute Ehrhardt, Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne ida tam, gdzie chcą (Wyd. Szafa, 1. wyd. pol. 2003)
  2.  Lois P. Frankel, Carol Frohlinger, Grzeczne dziewczynki nie dostają tego, czego chcą (Wyd. Onepress, 2018)
  3. Lois P. Frankel, Grzeczne dziewczynki nie awansują (Wyd. Helion, 2016)
  4. Leslie Whitaker, Elizabeth Austin, Grzeczne dziewczynki nie negocjują. Podręcznik negocjacji dla kobiet, które wiedzą, czego chcą przy stole negocjacyjnym (Wyd. Onepress, 2007)
  5. Joanna Keszka, Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie (Wyd. Pascal, 2014)

Artykuł:

Gazeta Wyborcza – Poznań, Piotr Żytnicki, 24.09.2018: https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,23960773,zona-prezydenta-poznania-mowila-na-demonstracji-ze-jest-wkurwiona.html

O autorze

Anna Podgórska

Założycielka i CEO Homo Creatore, menedżer i trener biznesu, wykładowca na studiach podyplomowych Executive MBA ALK, certyfikowany doradca metod badania potencjału ludzi i zespołów: DISC D3, FRIS i HOGAN.

Zobacz więcej